wokół mnie panowała przerażająca ciemność, jednak nie czułam niepokoju, czułam się dziwnie bezpieczna, opanowana. wiedziałam, że jestem tu tylko ja, nikt więcej, a tego potrzebowałam, być sama. poruszałam się wolno, z gracją, powieki miałam przymknięte a usta wykrzywione w delikatny uśmiech, czułam jak długie ciemne loki delikatnie łaskoczą mnie po bladych policzkach. płynęłam kilka metrów w dół, nie czułam potrzeby zaczerpnięcia powietrza, nie było mi potrzebne. pozwoliłam by woda robiła ze mną co zechce, nie walczyłam z nią. chciałam utopić wszystkie negatywne uczucia, wyrzucić je z siebie i zostawić na dnie. unosiłam się i opadałam, cieszyłam tą błogą chwilą, chciałam by się nie kończyła. w końcu otworzyłam oczy i spojrzałam w górę. noc była cudowna. cudownie spokojna. zapragnęłam takiego spokoju w sobie. ciemne niebo rozciągało się ponad taflą wody, kręciło mi się w głowie gdy na nie patrzyłam. moje bezwładne dotychczas ciało odzyskało kontrolę nad mięśniami i przypomniało sobie o czynności oddychania. wypłynęłam powoli na powierzchnię i od razu zatęskniłam. gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, którego domagały się moje płuca. odgarnęłam z twarzy mokre kosmyki włosów, wciąż jednak czułam maleńkie kropelki na sinych wargach i rzęsach. znów przymknęłam oczy i pozwoliłam by ciepły wiatr osuszył moją twarz. jednak gdy je otworzyłam nie byłam w oceanie, nie było żadnej wody, żadnego nieba. tylko sufit. zwykły biały sufit, cztery fioletowe ściany i ciało otulone kołdrą. wstałam niechętnie z uczuciem pustki w sercu. bo wszystko co miałam zostawiłam na dnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz